Teraz Czytasz
Przepraszam ile ważyła ta sukienka?

Przepraszam ile ważyła ta sukienka?

Moja przygoda z modą zaczęła się w 1989 roku. Oprócz kliku wiadomych powodów, dla mnie osobiście ten rok miał jeszcze jedno ważne znaczenie. W Polsce pojawiły się pierwsze lumpeksy! Ciuchlandy, szmateksy, czy bardziej światowo: second handy. Wyglądały cóż… na pewno nie ekskluzywnie. Nie przypominały dzisiejszych butików z odzieżą vintage. Często była to piwnica domu jednorodzinnego, ubrania w workach i waga sklepowa, żeby sprawdzić cenę. Nikomu wtedy nie przyszło do głowy wyceniać „te” ubrania.

Metka z kodem i trzy paski

W tamtych czasach (jak to brzmi!) Metka z kodem zaczynającym się od czwórki była szczytem luksusu. Mało kto mógł pozwolić sobie na ubrania marek, które dziś są ogólnie przyjęte za sportowe i cenowo nie stanowią wielkiego wyzwania dla naszych portfeli. Wtedy najbardziej znoszone spodnie z „trzema paskami” po bokach stanowiły szczyt luksusu i wnosiły powiew tego tajemniczego, zachodniego świata. Cóż, mnie nigdy nie interesowały ubrania sportowe. Natomiast przede mną stanął otworem świat tkanin, faktur, wzorów i krojów, w którym się zakochałam! Skończyły się moje rozterki związane z tym: co na siebie włożyć!

Meet Versace

Może dziś brzmi to archaicznie, ale początek lat 90. umożliwiał w dość ograniczony sposób kontakt z wielkim światem mody. Trochę kolorowych czasopism, które się zbierało i „studiowało” z pietyzmem. Jakieś migawki w telewizji. Tyle. Pamiętam moje pierwsze „spotkanie z Versace”. Czerwona ołówkowa spódnica, którą wybrałam bynajmniej nie ze względu na metkę z nazwą ekskluzywnej firmy. Wtedy dużo mi nie mówiła, ale… Poczułam chemię z tym czerwonym cudem sztuki krawieckiej. Była dla mnie kwintesencją stylu, szyku i takiej dziwnej tęsknoty za czymś dalekim. Odczuwam ją zawsze ilekroć widzę piękne ubrania. Butiki Paryża, Londynu, Mediolanu… Pierwsze spotkanie z Versace skończyło się niestety rozstaniem. Kupiłam spódnicę, ale nie byłam na nią gotowa. Jeszcze wtedy nie miałam w sobie odwagi by nosić czerwień. By „rzucać się w oczy”. Sprzedałam ją.

Byłam eco zanim się o tym dowiedziałam

Droga do mojego własnego stylu. Do tego bym mogła, dumna ze swojej kobiecości, nosić czerwoną ołówkową spódnicę była długa, kręta, bardzo pod górę. Jednak zawsze modowo towarzyszyły mi ubrania „ z drugiej ręki”. Nie wstydziłam się tego, nawet wtedy, gdy pytanie: ile ważyła ta sukienka? Było raczej z gatunku tych złośliwych uszczypliwości zazdrosnej koleżanki. I nie myślałam wtedy, że to jest eco, że zero waste. Czerpałam pełnymi garściami, inspirowałam się i bawiłam modą. . Do tego doszło jeszcze mnóstwo wysiłku by najpierw choć polubić, znaczniej później pokochać siebie. Bardzo pomogło mi to, co niektórzy uważają za „marną powłokę zewnętrzną”. Jak z cegiełek budowałam nową – starą siebie. Najpierw ścięłam włosy, z długich rudych na bardzo krótkie blond, zrobiłam … ale to opowieść na później.

Zobacz również

Ps Przez chwilę maiłam butik z używanymi ubraniami w sowim mieszkaniu. Nie mogłam znaleźć pracy po powrocie z Anglii i przewietrzyłam swoją szafę.

W następnych odcinkach: kilka jesiennych stylizacji z second handu za mniej niż 100 zł.

Jaka jest twoja reakcja?
Ale Super!
10
Ciekawy
4
Pomocny
0
Smutny
2

© 2019 magazynona.pl - wszelkie prawa zastrzeżone.

Do Góry