Teraz Czytasz
Zdobyła Elbrus – jeden z najwyższych szczytów Kaukazu

Zdobyła Elbrus – jeden z najwyższych szczytów Kaukazu

Pracuje jako specjalista ds. pracowniczych, mama dwóch córek, pięćdziesięciolatka, która kocha zdobywać górskie szczyty. Uważa, że na spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno, a największe przeciwności są w nas samych. W sierpniu zdobyła Elbrus najwyższy szczyt Kaukazu – 5642 m n.p.m. Małgosia Bartczak z Jarocina (Wielkopolska) opowiada o wyprawie życia

Niektórzy znajomi pytali, po co się tam pcha, po co idzie i tak się nie uda, ale Małgosia Bartczak się tym nie przejmuje.

Wysokość zawsze mnie fascynowała, potrafiłam jako 5-6 letnie dziecko wejść na drzewo, oczywiście najwyżej jak się da, a później wołałam do taty, żeby mnie zdjął – wspomina. – Po zakończeniu liceum wybraliśmy się zimą całą klasą w Karkonosze, weszliśmy na Śnieżkę. Nigdy w życiu nie byłam wcześniej w górach. Przepadłam, miłość od pierwszego wejrzenia. Gdy wróciłam do domu, kombinowałam jakby tam znów wrócić, ale wiadomo – proza życia, nie udało się. Marzenia zostały.

Jak zabrać się za Elbrusa?

Dziś już nie umie żyć bez gór, to jej największa pasja. Jednak nie uprawia wspinaczki wyczynowo. Lubi aktywnie spędzać czas, ale bez przesady, żadnego katowania się na siłowni. Ma problem z kręgosłupem i ze stawami, ale się nie poddaje. Kiedy „zrobiła” Gerlach, pojawiło się pytanie, jak zabrać się za Elbrusa jeden z najwyższych szczytów na Kaukazie?

 Elbrus na Kaukazie - jeden ze szczytów z Korony Ziemi
Elbrus na Kaukazie – jeden ze szczytów z Korony Ziemi

Trzy lata siedział na dnie serducha, w głowie kotłowały się myśli, jak to ogarnąć, jak mnie tam ciągnęło… Po górach chodzę 20 lat, ale nie mam jakiegoś wielkiego doświadczenia, po prostu kocham to, szukam tam samotności, kontaktu z naturą. Czasami jest tak, że po prostu musisz. Pakuję plecak i w drogę.

Tak było z Elbrusem. Najpierw był pomysł, żeby iść solo, ale przerażała mnie organizacja, te wszystkie pozwolenia. Na wysokość 3800 m.n.p.m. można wjechać kolejką, ale wyżej trzeba mieć stosowne papiery. Wiza, mnóstwo papierologii, jak to wszystko ogarnąć? Zaczęłam czytać, szukać. Aż pewnego dnia 2017 roku, przed Gwiazdką trafiłam na Fb na ogłoszenie, że chłopak ze Środy Wlkp. organizuje prywatny wyjazd na Elbrus, zbiera ekipę i są jeszcze miejsca. Szybka decyzja – jadę! To był najlepszy prezent na święta.

Zakochałam się w Kaukazie

Nie przygotowywała się jakoś specjalnie kondycyjnie, codzienna aktywność: rower, spacery, wyjazdy w Tatry. Nie bała się mrozu, choć temperatura spadała tam do -30.

Bałam się jednego – wspomina Małgosia. – Jak mój organizm zareaguje na chorobę wysokościową, czy mnie dopadnie i w jakim stopniu, nigdy nie byłam na takiej wysokości. Dzień wyjazdu, 13 sierpnia 2018 roku, godz. 15.00. Po 14-godzinnej podróży ze Środy Wlkp., w końcu znaleźliśmy się w Terskolu, miejscowości położonej 3 km od podnóża Elbrusa. Piękny i niezwykły krajobraz gruzińskiego i rosyjskiego Kaukazu, pełen soczystej zieleni i okazałej skały zarazem. Zakochałam się.

Jak zdobyć Elbrus - mapa

Położyliśmy się ok. 5 rano i już o 9.00 byliśmy na nogach. W ramach rozgrzewki postanowiliśmy wybrać się pieszo (3 km) do Azau (miejscowości położonej u podnóża Elbrusa), następnie podjechaliśmy kolejką do stacji Mir na wysokość 3350 m n.p.m. i zrobiliśmy pierwszą aklimatyzację wchodząc do stacji Garabashi, na wysokość 3800 m n.p.m.

Podejście niby łatwe, bez trudności technicznych, zwykły trening. Nagle poczułam, że stawiam nogę, a ziemia się ugina – pierwsze objawy choroby wysokościowej. Przeraziłam się, ale Damian – szef wyprawy uspokoił mnie. Kawa w schronisku i zeszliśmy.

Na drugi dzień dojechała reszta ekipy, w ramach aklimatyzacji weszli ponownie na 3800 m n.p.m. Tym razem Małgosi nic nie było. Zeszli. Zostawili w depozycie to co niepotrzebne, stosowne pozwolenia już były gotowe.

Choćbym  na czworakach szła – zdobędę Elbrus

Plecak ważył 35 kg (Małgosia -55 kg). Pogoda była fantastyczna, 30 stopni na dole. Wjechali na 3350 m n.p.m., później wejście na 3800 m m.n.p. i tam spędzili jedną noc w beczkach po paliwie rakietowym, czyli noclegowni. „Pokoje” to jedna prycza dla pięciu osób. Woda do picia ze stopionego śniegu, którą także zalewa się żywność liofilizowaną (sproszkowane jedzenie).

Jak zdobyć Elbrus - gdzie nocować

Pierwszego dnia smakuje rewelacyjnie – śmieje się Małgosia.- Trzeciego patrzeć na to nie możesz, ale trzeba jeść coś ciepłego, same batony nie wystarczą. Mieli tam spędzić tydzień. Robili aklimatyzację na 4200 m – wchodzisz wyżej i schodzisz niżej na nocleg.

W drodze na Elbrus nocuje się w beczkach po paliwie

Podejście ze stacji Mir 3350 m n.p.m. do Garabaszi tzw. beczek na 3800 m n.p.m . było „lajtowe”. Szło się całkiem nieźle – wspomina Małgosia. – Tam zostaliśmy na jedną noc robiąc aklimatyzację do Prijuta 4200 m n.p.m. i z powrotem. Wszyscy czuliśmy się doskonale, więc następnego dnia postanowiliśmy z całym bagażem podejść na nocleg do kontenerów -noclegowni położonych w tzw. Prijut na wysokość 4200 m n.p.m.

Czułam jak plecach miażdży mi barki…

To był drugi obóz naszej wyprawy na kolejne 4 dni. Trasa już nie była taka łaskawa, przewyższenie ostrzejsze niż poprzedniego dnia, a nogi grzęzły w śniegu, trzeba było uważać na szczeliny wypełnione wodą. Plecak nie dawał odetchnąć, czułam się jakby miażdżył mi barki. Słońce paliło niesamowicie, ale przy postoju na dłuższą chwilę robiło się zimno. Zaciskałam zęby i noga za nogą szłam dalej – dając z siebie 150 procent.

Małgorzata Bartczak zdobywa Elbrus

I w końcu ukazał się Elbrus w całej okazałości, trud, zmęczenie minęły w jednej sekundzie. „Jest….widzę go…mój cel!” Musieliśmy się zakwaterować – kontener, pokój6-osobowy, trzy piętrowe łóżka, fotel, taras, stamtąd przejście do kuchni. Kontener nie dawał dużo ciepła, ale świadomość, że jak przyjdzie wichura, zamieć, to nie porwie cię z całym dobytkiem – uspakajała. Było potwornie zimno, żeby dojść do kuchni i toalety, trzeba było wyjść na zewnątrz. Żeby zdjąć spodnie, zastanawiałam się trzy razy, czy na pewno mi się chce.

Aklimatyzacja, czyli wchodzenie i schodzenie, trwała jeszcze kilka dni. W końcu podjęli decyzję: Wchodzą!

Wiatr i lód wbijały się w każdą część twarzy. Brakowało mi powietrza

W środku nocy podjęli pierwszą próbę zdobycia jednej z najwyższych szczytów Kaukazu- góry Elbrus

Pobudka o północy, zamieć, wiatr, poszłam do ubikacji, lód wbijał mi się w policzki. Jednak okno pogodowe pokazywało, że przejdzie. Wyszliśmy o godz. 1.00 w nocy, świata nie było widać. Od początku ruszyliśmy w rakach i uprzężach. Weszliśmy wyżej temperatura -5 st., wiatr 50 km/h, odczuwalna dwa razy niższa. Marzły mi ręce, trochę pomagały ogrzewacze. Im wyżej, tym zimniej.

Krok za krokiem…

Wchodziłam krok za krokiem, stopa za stopą. Wiatr i lód wbijały się w każdą część twarzy. Brakowało mi powietrza, a podmuchy nie ułatwiały oddychania. Doszliśmy do Skał Pastuchowa 4800 m n.p.m., temperatura spadła do -10 st. , a wiatr nie ustawał. Podczas podejścia na 5100 m n.p.m (początek trawersu), niektóre fragmenty są bardzo strome, temperatura -15 st., przy tym wietrze -30. Jednak nie czułam zimna.

Nagle na wysokości 5300 m n.p.m nogi i ręce odmówiły mi posłuszeństwa, słabłam z minuty na minutę. Nie wiedziałam, co robić, czy iść dalej? Pogoda się nie poprawiała, zamieć była coraz większa… Nie mogłam pójść dalej! Wróciłam. W sercu czułam żal, złość na mój organizm, że mnie zawiódł. Elbrus nie jest trudną górą przy pięknej pogodzie, ale przy jej załamaniu może być śmiertelną pułapką. Inni też zawrócili. W drodze powrotnej poczułam, że moje ciało jest bezwładne, ale szłam dalej, wiedząc, że z każdym metrem w dół będzie lepiej.

Stanęłam na szczycie wymarzonej góry – zdobyła Elbrus

Postanowili spróbować jeszcze raz. Wyszli tym razem we troje o pierwszej w nocy.

Było ciemno, mieliśmy czołówki. Noc była ładna, wiatr słaby. Trzeba było uważać, bo wszędzie dookoła niebezpieczne szczeliny. Na szczyt jeździły ratraki, turyści wynajmują je za ogromne pieniądze i wjeżdżają na 5300 m n.p.m, bez żadnej aklimatyzacji i tu często ich podróż się kończy. Objawy choroby wysokościowej mogą być bardzo dotkliwe: wymioty, rozwolnienie, praktycznie żadnego kontaktu z taką osobą. Nie warto tak ryzykować, lepiej wejść krok za krokiem. Poszliśmy dalej, pogoda cudna, niebo gwiaździste. Z każdym metrem milej witaliśmy promienie słońca.

Idę swoim tempem

Zaczęliśmy podejście do trawersu, a tam nie było żadnych śladów, jedna biała połać śnieżna. Wszystko zawiane po wczorajszej zamieci. Torowaliśmy drogę w śniegu tracąc mnóstwo sił. Cieszyłam się z dojścia na trawers, licząc na to, że będzie mniej stromo i bardziej „odpoczynkowo”. Pomyliłam się – trawers wymęczył mnie najbardziej, był całkowicie nieprzetarty. Ciągnął się długo okrążając wschodni odcinek Elbrusa. Ostatnie kilkaset metrów było łatwe i po płaskim. Zobaczyłam, że zbliża się 5300 m n.p.m.

Byłam zmęczona, głodna, ale szczęśliwa. Wyszliśmy na siodło na wysokość 5 350 m n.p.m., które jest szerokie i płaskie, stamtąd aż do grani szczytowej jest 300-metrowe bardzo strome lodowo-śnieżne podejście. W pewnym momencie zaczęły się poręczówki. Zrobiliśmy krótką przerwę (kawa i baton) przed ostatnim podejściem. Damian, nasz szef, zaproponował, abyśmy się powiązali, żeby było bezpiecznej. Odmówiłam, musiałam iść swoim tempem.

W drodze na Elbrus

Nie przywiązałam się nawet do poręczówek, kiedy wchodziłam poblodzonej ścianie. Przepinanie się w grubych rękawicach, na mrozie, zajmuje za dużo czasu i traci się niepotrzebnie energię. Postanowiłam, że wejdę „na żywca”. Kiedy dotarłam na wypłaszczenie, myślałam, że to już, że jestem na szczycie. Miałam ze szczęścia łzy w oczach, wtedy Damian mnie „sprowadził na ziemię”, to nie był szczyt, zostało jeszcze jakieś 30 minut.

Na szczycie

Sił było coraz mniej, brakowało powietrza, ale czułam szczęście nie do opisania, pokonałam tę ścianę, pokonałam siebie… Jestem prawie na szczycie. Weszliśmy na płaską, szeroką i bezpieczną przestrzeń i po około 20 minutach pojawił się mały kopiec z króciutkim podejściem i…

Stanęłam na szczycie wymarzonej góry…. łzy szczęścia, radość, że można! Pogoda była wymarzona, piękne bezchmurne niebo, morze gór dookoła i my sami na szczycie. Krótka rozmowa z górą – podziękowałam jej, że tym razem była dla mnie łaskawa, kilka zdjęć i powrót.

Wyprawa na Elbrus okazała się wielką lekcją pokory

Zejście jest dużo trudniejsze niż wejście. Poręczówka przy której się idzie, oddziela od przepaści. Było bardzo trudno, wąskie przejście, tym razem związali się liną i szli krok za krokiem w dół do siodła, wrócili do Prijuta, pakowanie i powrót do Terskola.

Wyprawa na Elbrus była spełnieniem marzeń

Wyprawa na Elbrus okazała się dla mnie wielką lekcją pokory i sprawdzianem. Podjęłam walkę i próbę wejścia w nowych nieznanych mi okolicznościach, przekraczając kolejne granice mojej wytrzymałości. Często to sytuacje ryzykowne i nieprzewidywalne, pozwalają nabrać większego doświadczenia. Chciałam podziękować wszystkim, którzy we mnie wierzyli, którzy mi kibicowali, a szczególnie moim córkom Paulinie i Natalii za wiarę we mnie, że mi się uda. Kocham Was Córcie!

Marzy o zdobyciu następnego szczytu Korony Ziemi

Małgosia już marzy o kolejnej wyprawie. Nie zdradza jeszcze szczegółów, ale myśli o następnym szczycie z  Korony Ziemi. Wszystko zależy od finansów, a to są ogromne pieniądze. Na Elbrus poszły oszczędności odłożone na remont mieszkania, koszt dwutygodniowego wyjazdu, bez sprzętu to około 5-6 tys. zł Ale nie żałuje, mieszkanie zdąży jeszcze wyremontować.

Jaka jest twoja reakcja?
Ale Super!
0
Ciekawy
0
Pomocny
0
Smutny
0

© 2019 magazynona.pl - wszelkie prawa zastrzeżone.

Do Góry