Niewidzialna po 50-tce? Coraz więcej kobiet mówi o tym samym. Film „Je m'appelle Agneta” pokazuje problem, o którym rzadko rozmawiamy.
W swojej recenzji pisałam, że ten film wzrusza i bawi do łez, to historia, którą pokocha każda kobieta - więcej przeczytasz o tym tutaj. Dziś chcę zatrzymać się przy czymś jeszcze. Przy uczuciu, które zna wiele kobiet po czterdziestce i pięćdziesiątce. Uczuciu niewidzialności.
Kiedy przestajesz być główną bohaterką własnego życia
Przez lata jesteśmy potrzebne wszystkim - dzieciom, partnerowi, rodzicom, współpracownikom. Organizujemy, pamiętamy, wspieramy, pomagamy i działamy na pełnych obrotach. Często nawet nie zauważamy, że większość naszej energii oddajemy innym.
A potem przychodzi moment, gdy dzieci dorastają. Relacje się zmieniają. Kariera przestaje dawać satysfakcję albo osiąga poziom, na którym trudno o nowe wyzwania.
I nagle pojawia się pytanie:
„A czego ja właściwie chcę od życia?”
To pytanie nie jest oznaką kryzysu. To często początek przebudzenia.
Niewidzialność nie zawsze wygląda tak, jak myślisz
Nie chodzi o to, że ktoś nas ignoruje. Niewidzialność często zaczyna się dużo wcześniej. W chwili, gdy przestajemy słuchać własnych potrzeb. Gdy odkładamy marzenia na później. Gdy mówimy sobie:
„jeszcze nie teraz”, „może kiedyś”, „są ważniejsze sprawy”.
Z zewnątrz wszystko może wyglądać dobrze. Dom jest. Rodzina jest. Praca jest.
A jednak czegoś brakuje.
Wiele kobiet opisuje ten stan podobnie: czują się, jakby obserwowały własne życie z boku.
Dlaczego właśnie po 50-tce zaczynamy zadawać sobie trudne pytania?
Bo to często moment bilansu. Patrzymy na swoje wybory. Na niespełnione marzenia. Na plany, które kiedyś wydawały się ważne.
I coraz częściej dochodzimy do wniosku, że druga połowa życia nie musi być powtórką pierwszej.
To dlatego kobiety po 50-tce:
- zakładają własne firmy,
- wracają na studia,
- zaczynają podróżować solo,
- zmieniają zawód,
- realizują pasje odkładane od lat.
Nie dlatego, że oszalały. Dlatego, że wreszcie zaczynają pytać siebie o zdanie.
Najpiękniejsze przesłanie Agnety
Bohaterka filmu nie jest superbohaterką. Nie przechodzi spektakularnej metamorfozy. Nie wygrywa miliona ani nie zostaje gwiazdą. Robi coś znacznie trudniejszego, pozwala sobie zacząć od nowa.
I właśnie dlatego tak wiele kobiet odnajduje w niej cząstkę siebie.
Bo większość z nas nie potrzebuje rewolucji. Potrzebujemy odwagi, by zrobić pierwszy krok.
Zapisać się na kurs. Kupić bilet. Zadzwonić. Powiedzieć „tak”. Albo po raz pierwszy od dawna powiedzieć „nie”.
Może to nie kryzys. Może to zaproszenie
Przez lata media straszyły kobiety kryzysem wieku średniego. A może to wcale nie jest kryzys?
Może to moment, w którym przestajemy żyć według cudzych oczekiwań. Może to czas, gdy zaczynamy pisać własną historię na nowo.
Jeśli po obejrzeniu „Je m'appelle Agneta” poczułaś wzruszenie, śmiech i dziwną tęsknotę za czymś, czego jeszcze nie potrafisz nazwać, nie jesteś sama.
Być może nie tęsknisz za młodością, ale tęsknisz za sobą. A to bardzo dobry moment, żeby się odnaleźć.
- Napisz, prosze w komentarzu, czy czujesz się niewdzialna?
- A może zrobiłaś coś wyjątkowego, co sprawiło, że, jak Agneta odzyskałaś siebie?
Zapraszam Cię do dyskusji, wyżal się, daj siłę innym!
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.