Reklama

Reklama

Tomasz Schmidt o sobie, pracy i "Ostrym cięciu"

Opublikowano: śr, 10 lis 2021 18:02
Autor:

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

ONA I ON Tomasz Schmidt o sobie, pracy i "Ostrym cięciu". Tomasz uważa, że jego wizerunek z programu "Ostre cięcie" nie jest prawdziwy. W rzeczywistości jest innym człowiekiem. Jakim? Przeczytajcie, co mówi o sobie mistrz fryzjerstwa. Dowiecie się, jak został fryzjerem, jak pracuje się z Gwiazdami i wreszcie, jak wygląda praca w telewizji?

Reklama

Tomasz Schmidt w rzeczywistości jest zupełnie inny, niż w programie: bardzo sympatyczny, wesoły i absolutnie nie gwiazdorzy. Do tego niezwykle barwnie i ciekawie opowiada o swojej pracy i życiu. Taki właśnie był na spotkaniu "Pomaganie przez upiększanie", które odbyło się w Jarocinie

NA KOŃCU TEKSTU ZNAKDZIESZ ZAPIS WIDEO SPOTKANIA

Jak Tomasz Schmidt dostał się do programu Ostre cięcie?

Nie miałem żadnego doświadczenia z kamerą, tak naprawdę cudem przeszedłem casting. Jak rozmawiałem z operatorem bez kamery to wszystko było w porządku, ale gdy tylko włączyła się kamera to nagle byłem sztywny. Operator jednak usiadł sobie z boku i trzymał kamerę, a ja nie miałem pojęcia, że ona jest włączona. Ja dalej coś tam działałem i dokończyłem to co miałem zrobić i tylko w ten sposób dostałem się do programu. 

Tomasz Schmidt o programie Ostre cięcie.

Pamiętam, że w pierwszym odcinku zrobiłem pani parę takich pięknych refleksów. To było delikatne, subtelne, wyważone i było takie moje. Nagle przychodzi do mnie reżyserka, w telewizji i mówi do mnie: „Słuchaj czy Ty naprawdę widziałeś co Ty zrobiłeś? Nikt tego nie widział. Podziel to przez 3 i potem przez 5 i wyjdzie Ci to, co będzie widać w kamerze”. Metamorfoza musi być spektakularna. Widzę, że w telewizji liczy się „krew, pot i łzy”. Jak ja bym chodził i przestawiał tylko roślinki w salonie i nie byłbym  wyrazisty to po prostu przepadł bym. Przynajmniej jedna spektakularna metamorfoza w programie musi się wydarzyć. 

Jak Tomasz Schmidt został fryzjerem?

 Nie urodziłem się z tym absolutnie. Myślę, że było to wynikiem mojego zainteresowania modą. Chciałem się zajmować częścią mody - to czułem. Nie wiedziałem być może co to jest moda wtedy. Interesowałem się takimi przemianami i kolorowym światem. To były czasy kiedy weszło MTV i ja siedziałem i to wszystko oglądałem. W siódmej klasie podstawówki powiedziałem swojej nauczycielce od chemii, że chcę iść uczyć się „na fryzjera”. Moi rodzice zostali wezwani do pedagoga szkolnego, który powiedział, że z dzieckiem coś się stało i trzeba zareagować natychmiast, bo syn chce iść na fryzjera. Rodzice nie wyrazili oczywiście zgody, bo wtedy było trzeba iść do liceum i na studia. Owszem, poszedłem na studia i jak uzmysłowiłem sobie, co oni do mnie mówią i jak źle ja to odbieram, to powiedziałem sobie „uciekam stąd”. Znalazłem salon, w którym mnie chcieli. Nie było to na pewno tak, że urodziłem się z nożyczkami. Ja się ogólnie w życiu dobrze ustawiłem, czyli nie strzygę włosów. Gorzej z moim kolegą Andrzejem, on dopiero ma przegwizdane. Tam każdy centymetr jest na wagę złota. Z kolorem zawsze można coś zrobić. Trochę za jasny - da się przyciemnić, trochę za ciemny - da się rozjaśnić. Ja mam dużo łatwiejsze zadanie. Zmiana nie musi towarzyszyć temu, że coś się ważnego wydarzy. Często zmiana polega na tym, że zaufasz swojemu fryzjerowi. Ja od 20 lat w tym siedzę i już wiem, komu w czym jest dobrze.

Maluję też obrazy, tylko jest to malarstwo abstrakcyjne. Nie idę w to bo wiem, że jeśli chodzi o ich sprzedaż to ja byłbym pewnie takim malarzem, który stanie się bardzo popularny po śmierci, a na tym mi nie zależy. 

Tomasz Schmidt o fryzjerstwie

Czasami przychodzi do mnie klientka i prosi mnie, abym tylko nie robił jej rudego koloru, który robię ciągle w programie. Rudy jest spektakularny i widać go po prostu w telewizji. Czym innym jest praca w salonie, a czym innym praca na planie. W salonie jestem dużo spokojniejszy. Ani nie krzyczę, ani nie zmieniam nikogo na siłę. Oferuję pewne spektrum wyboru, ale nie jest to kwestia tego, że ja kogoś do czegoś zmuszam.  Zdarzyły mi się w życiu trzy takie przypadki. Ja wyczuwam, że ta kobieta po to przyszła.

Przez dwadzieścia parę lat przeprowadziłem około 70 tysięcy koloryzacji. Po dwóch latach pracy weszła do mnie klientka, Pani Gabriela, ja na nią spojrzałem i pomyślałem „Jezus Maria, ja już wiem co zmieszać i wiem jak chcę ją widzieć”. Pani siada na krześle i mówi: „Ja chciałabym to samo”. Miała bardzo brzydki ten kolor i nie pasujący do niej. Pomyślałem sobie „Zrobisz to, jesteś durny, ale zrobisz to!”. Poszedłem do mojego kolegi i mówię „Wymodelujesz tę panią, ja jej nałożę kolor i muszę później na chwilę wyjść. Ty tylko zmyjesz i wysuszysz”. Odpowiedział, że nie ma problemu. On nie wiedział tylko, że ja zmieszałem parę kolorów i miał z tego powstać taki tycjan, ona miała długie kręcone włosy. Ja to zrobiłem i uciekłem z salonu. 300 metrów dalej był sklep spożywczy i siedziałem tam na schodach i czekałem. 

Co się działo wtedy w salonie? Krzyczała? 

Krzyczała to mało powiedziane. (śmiech) Powiedziała, że ona mieszka w okolicy i ona mnie znajdzie i będzie mnie nawiedzać. Błagałem ją, żeby poczekała parę dni i zawsze możemy to zmienić. Minęło parę dni i Pani Gabrysia przyznała, że to jedna z lepszych decyzji i nigdy by się sama nie zdecydowała. Przychodzi do mnie do dzisiaj i jest nadal ruda - w różnych odcieniach.  Jednak na 70 tysięcy trzy takie przypadki, to nie jest dużo moim zdaniem.

Schmidt traktuje fryzjerstwo holistycznie

Wiem, jak bardzo istotne są dla kobiety włosy. Jak rozmawiać z fryzjerem nie jest do końca proste. Trzeba znaleźć tego jedynego. Kobiety mają coś takiego jak intuicja i coś w tym musi być. Przede wszystkim dobrze się trzeba czuć ze sobą i w swojej skórze. Posłuchać porady specjalisty. Jest coś takiego jak analiza kolorystyczna, czyli szacujemy jakim typem urody jesteśmy. Ja fryzjerstwo traktuje holistycznie, dla mnie fryzjerstwo nie kończyło się na tym, że Pani Gabrysia była ruda tylko w tym miejscu i reszta się nie liczyła. To był całokształt. Widziałem jej cerę, oczy, strukturę włosów i w to co była ubrana. Fryzjerstwo jest czymś więcej niż włosami. Tylko jeśli my będziemy się dobrze czuć sami ze sobą to będziemy mogli moim zdaniem dawać to dobro innym. I będziemy zupełnie innymi ludźmi. 

Tomasz Schmidt o jedzeniu i piciu i hejcie

Ja byłem na diecie od 18 roku bo ważyłem 90 kg. Potem schudłem 50 kg i potem przytyłem do sześćdziesięciu paru kilogramów i z tym mi było dobrze. Jednak jak się lodówka do mnie wieczorem uśmiecha to ja nie będę udawał, że tego nie widzę. Jak ona się śmieje, to ja do niej podchodzę i zaczynam z nią pertraktować i ona daje mi dużo z siebie. Jak ktoś daje tę energię to ja przyjmuję to na klatę, ale doprowadza to później do zwiększenia masy. 

Nie zdajecie sobie sprawy nawet, jaki jest hejt z tego tytułu i ile osób przysyła mi wiadomości, że jak mogłem się doprowadzić do takiego stanu i ile planuje jeszcze przytyć? Są również przejawy zamartwiania się o mój stan zdrowia. Zarzucano mi też, że przesadzam z chlaniem i jestem spuchnięty. Powiem szczerze, że im dalej trwa ta dyskusja to myślę sobie, że takie powody jak waga to w ogóle na mnie nie działają. Wręcz przeciwnie, uspokajają mnie w przekonaniu, że dobrze wyglądam. 

Choć czasami, jak mam słabszy dzień i wjedzie mi taka wiadomość, to obejrzę swoje zdjęcie sprzed 20 kilogramów. Szybko mi to jednak przechodzi, bo trzeba zdać sobie sprawę z tego, bo to nie jest aż tak istotne żebyśmy musieli poświęcać temu energię. Od listopada próbuje catering dietetyczny. Zobaczycie, czy mi się powiodło czy nie?

Tomasz Schmidt pracuje z Gwiazdami. Jak to jest?

Różnie, bo to zależy od osoby. Pracuje się tak samo, jak z każdym innym. Nie robimy selekcji, że przychodzi gwiazda czy ktoś inny. Przez bardzo długi czas obsługiwałem Panią Grażynę Kulczyk i nie wiedziałem na początku, kto to jest bo nie były to czasy social mediów. Mój szef był natomiast przekonany, że ja doskonale wiem, kto to jest. Pewnego razu pani Grażyna weszła do salonu, a ja akurat przebiegałem przez salon z zaplecza i dopiero ją zauważyłem. Spojrzałem na nią i powiedziałem do niej: „Pani już u mnie była. Nie poznałem Pani, będzie Pani bogata”. Nie wiedziałem dlaczego szef patrzy na mnie puka się w czoło (śmiech).

Czy Gwiazdy „kapryszą”?

Jak każdy, kto płaci i wymaga żeby wyglądać dobrze. To jest całkowicie normalne. Ktoś, kto płaci za coś ma absolutną rację, że wymaga dobrej obsługi i zadbania o siebie. 

Wymagają od Ciebie więcej, bo jesteś Tomkiem Schmidtem? 

To jest jeszcze inaczej. Spodziewają się więcej, bo ja jestem rzekomo człowiekiem z czarodziejską różdżką. Rzeczywiście oczekiwania, które są przede mną stawiane są dużo wyższe. Ja jednak zawsze tłumaczę, że to nie jest tak, że za pomocą jednej wizyty, ja jestem odwrócić pięć lat. Mamy ciężką pracę, bo jest ona związana z ludzkimi emocjami i jest to praca z ludźmi, która nie jest łatwa i pracą z włosami, które są bardzo ważne dla ludzi. Jest to też piękna praca, bo możemy sprawić, że ktoś poczuje się dużo lepiej.

Co łączy Tomasza Schmidta z Dorotą Wellman?

W salonie są osoby, które traktowane są trochę inaczej, ale nie ze względu na status gwiazdy, ale z tego powodu, że jest jakaś energia  i wspólny tok myślenia. Przykładowo mój kontakt z Dorotą Wellman. My z Dorotą wymieniamy się naszymi zdobyczami jeśli chodzi o „kiszonki”. Naszym zadaniem jest przywieźć taką kiszonkę, aby zaskoczyć drugą stronę. Mamy „jobla” na tym punkcie. Rzeczywiście może to wyglądać dziwnie, że przychodzi Dorota i siedzi na fotelu, a ja przychodzę i mówię „zobacz co mam”. I jemy razem przez całą wizytę kiszone ogórki. To są wyjątkowe sytuacje, ale takich sytuacji żeby obchodzić się ze znaną osobą, jak z jajkiem, bądź przesadzać ze starannością, to nie. 

Jakie palny na przyszłość ma Tomasz Schmidt?

Jedno co mi się w życiu nie udaję to zwolnić. Myślałem, że czas pędzi wprost proporcjonalnie do naszego wieku. Mam bardzo intensywny czas, dostałem niedawno informacje o nowym, jedenastym już sezonie „Ostrego cięcia”. Przeprowadziłem się również ostatnio z Poznania do Warszawy. Lubię, kiedy dużo się dzieję. Zawsze jak się coś skończy, to za chwilę jest telefon i ktoś chcę coś fajnego zrobić.

Spotkanie z Tomaszem Schmidtem prowadziła Dorota Raczkiewicz - prezeska Fundacji Dar Szpiku.  Przeżyła wiele śmierci i podpowiada, jak sobie z tym radzić, jak warto żyć - KLIKNIJ TU BY PRZECZTAĆ

 

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.