To był mój siódmy koncert tej brytyjskiej szamanki (a dziesiąty jej występ w Polsce). I choć myślałam, że niczym mnie już nie zaskoczy, przeżyłam coś, co trudno ubrać w słowa. To był mój najlepszy koncert boskiej Florence, ale też najbardziej poruszający. Zapraszam w podróż i wielkie otwarcie Open'er 2026
Od mrocznej wiedźmy do festiwalowego szaleństwa
Jeszcze kilka miesięcy temu miałam okazję oglądać Florence w zupełnie innej odsłonie podczas halowego koncertu w Krakowie. Pisałam wtedy z zachwytem:
„Mroczna muzyka, stroboskopowe światła, scena osłonięta podświetloną na pomarańczowo olbrzymią płachtą materiału. Rozdzierające krzyki, cienie wijących się kobiet. Emocje sięgają zenitu (...) Płachta znika, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdźki. Spod sceny wychodzi Ona. Pojawia się, niczym duch spowity mgłą. Wygląda, jak tajemnicza postać wiedźmy. Rozpościera ręce i unosi je do góry. Ostre dźwięki przeszywają Arenę, to tytułowy utwór ostatniej płyty: »Everybody Scream«”.
Tutaj przeczytacie recenzję z krakowskiego koncertu: "Niesamowity Koncert Florence + The Machine w Krakowie zachwycił i wstrząsnął mną do głębi."
Jadąc do Gdyni na Open’era, spodziewałam się powtórki tego spektaklu - mrocznego, teatralnego widowiska przystosowanego do festiwalowych warunków. Florence miała jednak zupełnie inny plan na ten wieczór. Co prawda zaczęło się od potężnego uderzenia i hipnotyzującego, tytułowego „Everybody Scream”, a na scenie towarzyszyły jej magiczne, wirujące tancerki, ale potem… artystka całkowicie zmieniła zasady gry.
Zamiast promować wyłącznie nowy, trudny materiał, Florence postawiła na absolutny festiwal energii i nostalgii. Usłyszałyśmy jej największe, legendarne hity, przeplatane zaledwie kilkoma nowościami. Kiedy z głośników popłynęły pierwsze dźwięki „You've Got the Love” oraz energetycznego„What Kind of Man” , tysięczny tłum po prostu oszalał.
Zobacz film i czytaj dalej
Florence dawkowała emocje i płynnie przechodziła od jednego hitu do drugiego.
Dyrygentka ludzkich serc. Szalony bieg w tłum
Florence Welch ma w sobie magnetyzm, którego nie da się podrobić. Dla nas, publiczności, była tej nocy jak bezbłędna dyrygentka. Jeden jej gest, jedno uniesienie dłoni wystarczyło, byśmy robili dokładnie to, czego od nas oczekiwała: skakali, śpiewali na całe gardło, płakali ze wzruszenia.
Tradycyjnie już, wiotka niczym elf artystka biegała po scenie i długim wybiegu w swojej zwiewnej fioletowej sukience, nie okazując ani chwili zadyszki. Ale prawdziwe szaleństwo nadeszło pod koniec.
Florence nagle zeskoczyła z wybiegu i ruszyła prosto w tłum. Pobiegła niewiarygodnie daleko, aż pod samą konsoletę dźwiękowców, biegała we wszystkie strony, chwytała fanów za ręce i patrzyła im głęboko w oczy. To była czysta, niczym niedystansowana bliskość, która zdarza się na festiwalowych koncertach niezwykle rzadko, ale nie u Florence.
Zobacz to na filmie i czytaj dalej
Podczas finałowego utworem Florence zwróciła się do nas z wyjątkową prośbą. Poprosiła, aby wszyscy schowali telefony komórkowe.
„Chcę was widzieć tu i teraz, a nie przez ekrany. Chcę żebyście ze mną tańczyli”- mówiła.
Ja również schowałam aparat do kieszeni (więc z tego momentu nie zobaczycie u mnie żadnych nagrań, i bardzo dobrze!). To, co wydarzyło się chwilę później przy dźwiękach „Dog Days Are Over”, było zbiorowym katarsis. Całe Kosakowo skakało i krzyczało w absolutnym transie wolności.
„It's hard to dance with a devil on your back” - ukryty niepokój
Florence wielokrotnie w trakcie koncertu rozmawiała z nami, dziękując za ciepłe przyjęcie. Ze wzruszeniem podkreślała, jak niezwykle ważne są dla niej powroty do Polski i jak wyjątkową więź czuje z polską publicznością.
Było to wspaniałe widowisko i niesamowicie emocjonalne przeżycie, z którego wracałam z całą paletą uczuć.
Oprócz zachwytu poczułam też, niestety, głęboki, wewnętrzny niepokój. Florence wyglądała na potwornie zmęczoną. Owszem, dawała z siebie 200 procent, ale miałam nieodparte wrażenie, że ta szaleńcza energia jest formą ucieczki. Oglądając ją, czułam, że artystka wciąż nie poradziła sobie z traumami i wewnętrznymi demonami, które tak boleśnie wybrzmiewają na jej nowej płycie w utworze „Everybody Scream”.
I choć wszystkie tańczyłyśmy i szalałyśmy przy kultowym „Shake It Out”, w mojej głowie najgłośniej rezonowały słowa tej właśnie piosenki: „It's hard to dance with a devil on your back” (Trudno tańczyć z diabłem na plecach).
Zobacz film i czytaj dalej
Pod tą całą festiwalową euforią i scenicznym bóstwem, dostrzegłam niezwykle wrażliwą i bardzo poturbowaną przez życie kobietę, która spala się na scenie, by dać nam ukojenie, sama wciąż walcząc o swoje własne.
To był koncert, który zostawił w sercu ślad na zawsze. Piękny, oczyszczający, ale też przypominający, że najjaśniejsze gwiazdy często skrywają najgłębsze cienie. I być może właśnie za tę bolesną autentyczność kochamy Florence najbardziej.
A jak Wasze wrażenia z Open'era? Czy również poczułyście tę niezwykłą, nieco nostalgiczną energię? Dajcie znać w komentarzach.
Więcej filmików znajdziecie na naszych socialach. Dołączcie do naszej społeczności na: Facebook i Instagramie
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.